„Na północ jedzie się, by umrzeć”
Ida Linde
przekład: Justyna Czechowska
Wydawnictwo Lokator, 2017

W yobraźcie sobie regał. Taki wyśmienicie skonstruowany i solidny regał ze skrupulatnie poustawianymi na półkach śnieżnymi kulami. Każda taka kula to osobny świat. Osobna historia. Różni ludzie. Regał jest jednak jeden i wszystkie kule są jego nierozerwalną częścią. Dlatego kiedy już na samym początku opowieści meblem wstrząsa śmierć i morderstwo, wraz z nim zaczynają drżeć ustawione na nim śnieżne kule. Jedna po drugiej, zaczynają być bezlitośnie potrząsane przez niewidzialną rękę losu. Sztuczny śnieg zostaje wprawiony w ruch, a sprawcą wydaje się być bezlitosny i surowy wiatr z wyludniającej się powoli północy.

Często zdarza się, że przez wstrząs kula spada z regału i rozbija się w drobny mak. Sztuczny śnieg zaczyna topnieć. I tak samo tragicznie kończą się historie niektórych postaci. Dlaczego? Bo „może na świecie mimo wszystko istnieje zło”.

Motywem przewodnim może wydawać się śmierć. Ba, jest ona obecna już w tytule! Jest ona początkiem, jest ona końcem. Jest „sokołem noweli”; losy poszczególnych postaci, ich rodzin i znajomych są ewidentnie połączone ze śmiercią. Śmiercią, która nadchodzi nagle i bez wytłumaczenia na jednej z wielu stacji benzynowych. Ze śmiercią, która zmienia życie wszystkich w promieniu stu kilometrów pustkowia Västerbotten. Ze śmiercią, która powoli zbliża się do szpitalnego łóżka; i z taką, która z czasem przenika do ludzkiego umysłu i w końcu zbiera swoje żniwo w jednym z pokoi hotelowych.

Śmierć dzieje się na naszych oczach w dwóch wymiarach – na żywo i we wspomnieniach. Bolesnych wspomnieniach, z urodzinowym tortem i płonącą kuchnią w rolach głównych.

Pomiędzy jest jednak życie. To „nudne” życie; z dziećmi, turniejami bingo i pracą w motelu. Z miłością, choć ta nie jest przez Autorkę precyzowana. Ona jest gdzieś między wierszami. Jest w czynach. Jest w słowach: „(…) walił obiema rękami w drzwi pokoju wisielca.” i „(…) od tygodnia nosi tę koszulkę z Montrealem. Nie chce jej zdjąć.” 

Jest oczywiście i miłość cielesna, choć ta ukazana jest bardziej jako zwierzęcy instynkt i coś niekoniecznie wiele znaczącego.

Ida Linde była początkowo dla mnie zagadką. Nie byłem w stanie jednoznacznie „zaszufladkować” jej stylu pisania czy konceptu literackiego. Dopiero po dwóch stronach zorientowałem się, że nie muszę tego robić. Bo nikogo takiego samego nie znajdę (a przynajmniej nie w moim skromnym banku przeczytanych lektur). W moim niewykształconym literacko umyśle najbliżej Idzie chyba do Knausgårda – subtelności przerywane nagłymi wybuchami realizmu do bólu to jeden z bardziej stałych elementów książki. Bardzo często poznajemy okrojoną historię życia postaci na łamach paru stron, tylko po to by została ona tragicznie zakończona w jednym zdaniu. Zawsze subtelnym. A subtelność (np. „(…) nikt nie odpowiadał”) zaboli bardziej niż prymitywna fraza „wziął i umarł”.

Być może daleko posuniętym wnioskiem z lektury byłoby stwierdzenie, że „Na północ jedzie się, by umrzeć” to opowieść o Szwecji. O jednostkach, które ją zamieszkują. O rodzajach ludzi i o problemach, z jakimi się zmagają.

Dla początkującego szwedysty każda mniejsza wzmianka m.in. o Malmö, Storuman, Skellefteå to dodatkowa szczypta wartości literackiej. To działa na wyobraźnię. Choć książka Linde zdecydowanie nie jest kryminałem, to miejsca akcji pobudzają takie skojarzenia.

Jednak najbardziej budzi się nasza wrażliwość. Wrażliwość na ból. Empatia. Bo ta książka nie jest – przynajmniej według mnie – o śmierci czy historiach zmyślonych ludzi. Jest o samotności (tej namacalnej, jak i tej przez wielu ukrywanej). Jest zbudowana z wewnętrznych monologów. Wspomnień i doświadczeń; z zasady bolesnych, ale takie jest życie i nie ma sensu go zbytnio kolorować. Ot, skandynawska szczerość, która niestety nie jest lagom i być może dlatego nie jest popularna.

Nic więcej o najnowszej pozycji Idy Linde nie napiszę, bo to nie ma sensu. Książka jest tak dobra, że nic co powiem nie odda jej natury konceptu czy treści. Wcześniej wspomniany przeze mnie regał nie jest z IKEI. Jest z prawdziwego północnego drewna, a każda półka i kula zostały literacko wypolerowane na błysk. Chyba po to, by uwydatnić pojawiające się na nich krople krwi.

Po prostu idźcie i kupcie, a być może się zakochacie i sięgniecie po kolejną pozycję Idy Linde. Ewentualnie pożyczcie od znajomego, ale najlepiej to kupcie. Bo warto mieć własną kopię.

Na deser dostaniecie jedynie parę cytatów, które skrupulatnie zakreślałem sobie (ołówkiem, nie linczujcie!) na chyba każdej stronie. O umiejętnościach pań Linde i Czechowskiej przekonajcie się sami!

„(…) dzieci przychodzą na świat, by należeć do siebie samych”

„(…) wszyscy mieli własne zmartwienia, a samotność jest błoną między tobą a światem”

„(…) Andreas nie był na północy od dwunastu lat, świetnie mu to wychodziło”

„(…) Bycia bohaterem na iskrzącym się śniegu. Hades jak ciemność wokół oświetlonego ringu”

„(…) Jakiś prom wypłynął w kierunku Vaasy, zostawiając za sobą ranę na wodzie”

„(…) Stał nieruchomo, czekał na więcej. (…) Że ta, która go urodziła, zniszczy go”

„(…) Do niektórych miejsc należy docierać samemu., żeby udało się powolne cofanie do przeszłości”

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s