wpis w ramach akcji III Miesiąc Języków
grupy Blogerów Kulturowych i Językowych
pod patronatem portalu bab.la
babla-logo-caseable

Zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby typowy Janusz spotkał typowego Svena?

Bo ja owszem. I to bardzo.

Nie dawało mi to spać po nocach. Który wyjdzie z pierwszym ciosem; który straci wąsa? To byłby chyba Janusz, bo Sven raczej nie ma wąsa. A nawet jeśli ma, to nie tak bogatego jak Polak. 0:1.

Który odwali coś dziwnego, a który palnie jakąś głupotę? Cóż, to drugie jest niestety (o, ironio!) mało prawdopodobne. Bo Sven nie mówi przecież po polsku (ze swoim hydraulikiem dogaduje się na migi), a Janusz tym bardziej nie będzie uczył się jakiegoś szwedzkiego (bo „Szwecja już nie istnieje”).

Jesteśmy więc zmuszeni założyć, że każdy z nich będzie porozumiewał się w swoim własnym języku. I tu pojawia się problem.

Czy Janusz uzna, że Sven go obraża i zarysuje jego „nowe” Volvo kluczykiem? Czy Sven zrozumie wykwintnie ułożone obelgi Janusza i w odwecie przebije opony „bezwypadkowego” Passata przeciwnika?

Przekonajmy się poprzez prześledzenie sytuacji, która rozegrała się w klinicznych warunkach mojego chorego umysłu.

runda1-4.png

Janusz i Sven wsiadają razem do Passata (Sven bardzo niechętnie rozstawał się ze swoim Volvo, ale Janusz nalegał) i wyjeżdżają za miasto na prawdziwie męski weekend połączony z łowieniem ryb, czytaj: „żuberek i fem komma tvåan” (to takie prawilne szwedzkie piwo, które zawiera 5,2 % alkoholu – inteligentna nazwa dla inteligentnych ludzi). Jadą przed siebie, powiedzmy, że w porannej mgle, gdy nagle ich oczom ukazuje się bardzo ostry zakręt; taki, że zużyte przez parę sezonów letnie opony passacika wymiękają. Sven krzyczy „Kurva!”, Janusz – to samo.

Tylko, że obaj panowie mieli co innego na myśli.

Sven – naturalnie! – chciał jedynie ostrzec kierowcę przed zakrętem, bo to właśnie znaczy szwedzkie en kurva. Nic innego, jak zakręt; krzywa. Janusz natomiast… cóż, chłop dał się ponieść emocjom.

Znajomość języków w tej sytuacji nie okazała się być konieczna; ot, zrządzenie losu sprawiło, że dwa słowa o kompletnie innych znaczeniach nagle stały się adekwatne do sytuacji. Prawdopodobnie nawet gdyby Sven stęknął, kichnął, zrobił piruet i krzyknął „åööööö!” to zwróciłby uwagę kierowcy na zagrożenie. Ot, potęga kontekstu i prastarych instynktów. 

Czasami bardzo szczęśliwie się składa. Panowie nie wylądowali w jakimś smutnym podkarpackim rowie. Niestety, ten dość absurdalny przykład należy do zdecydowanej mniejszości statystycznej i powinien być z pewnością traktowany jako czysty przypadek.

runda1-6.png

P assacik sam się nie zatankuje, żuberek sam się nie kupi. Trzeba zjechać na stację benzynową. „Sta-cja ben-zy-nowa!” próbuje wyperswadować Svenowi Janusz. A Sven – ku zaskoczeniu Polaka – nawet ogarnia, mówi coś pod nosem po swojemu i kiwa głową. Zadowolony z siebie Janusz uśmiecha się pod wąsem i dumny ze swoich umiejętności poliglockich zjeżdża na stację.

Taka sytuacja to chyba najlepszy przykład zrozumienia pochodzącego od całkowitej asymilacji wyrazów zapożyczonych.

Ani stacja, ani benzyna nie są słowami charakterystycznymi dla konkretnego języka. Obecnie stanowią one coś w rodzaju elementów lingua franca, czyli uniwersalnego języka całego świata. Polska „stacja”, szwedzkie „station”. Polska „benzyna”, szwedzkie bensin”. Wszystko jasne. I choć Sven powiedział „stahłun” to i tak się zrozumieli, bo Janusz myślał, że po prostu mu się kichnęło w trakcie. Niby Szwed, niby oświecony człowiek z wielkich ośrodków, a patrzcie go jaki niewychowany – nawet buzi nie zakrył!

Zapożyczenia w języku przekształcane są przez ludność obcojęzyczną i stąd powstają zmiany w końcówkach lub w odmianie. Jeśli słowo wcielone jest do codziennego słownika to możemy się spodziewać, że będzie wypowiadane zgodnie z zasadami fonetycznymi tego języka. Szwedzki jest idealnym przykładem zjawiska wcielania obce słowa do wokabularza poprzez zapis fonetyczny. I dlatego jest fajny. Ale o tym później.

runda1-71.png

A utomat leniwie mruczy, benzynka powoli wypełnia boleśnie poobijane i przerdzewiałe do cna trzewia Passata, a przezorny Janusz uważnie kieruje swoje ślepia w stronę licznika – z przyzwyczajenia, dieselek kosztuje, a roboty i różne takie inne komputry lubią ciężko pracującego człowieka oszukiwać. Pic na wodę, fotomontaż. Po chwili Janusz rozluźnia się, a na jego zmęczonej życiem twarzy pojawia się lekki grymas, który w niektórych kręgach mógłby zostać rozpoznany jako uśmiech. Dziś tankujemy do pełna! W imię słynnej polskiej gościnności za wszystko zapłaci Sven! A piniążki będą w sam raz na świeżaki dla Sebastianka.

Tylko jakby to zrobić, żeby się nie narobić? Janusz jest dobrym człowiekiem, chodzi do kościoła – może nie co tydzień, ale co jakiś czas na pewno! – i daje parę złociszy na tacę…- właśnie, to jest to! „Słuchajże: monety mam tylko; drobne!” – mówi do Svena ze świetnie wyćwiczonym zakłopotaniem. Lata praktyki, mamy to w genach. Aż dziwne, że jeszcze żaden polski aktor nie dostał Oscara. Svenowi chwilę zajmuje połączenie wątków, ale żywa gestykulacja Janusza połączona z jakimś niewielkim podobieństwem słów „moneta – mynt pozwoliła mu załapać o co chodzi.

Blondyn pręży się i z dumą wypycha pierś do przodu. To jest jego pięć minut. Chwila, na którą czeka prawie każdy Szwed. Moment, w którym można pokazać swoją wspaniałomyślność, szczodrość i „ludzkość”.

Sven sięga do kieszeni spodni i z protekcjonalnym uśmiechem wyciąga skórzany portfel. Napuszona poza Szweda niemiłosiernie irytuje Janusza, który w odpowiedzi na iście bohaterski gest Svena jedynie odburknął coś niezrozumiałego. Jednak widok oddalającego się dziarskim krokiem w stronę budynku stacji Szweda jest dla Polaka jak miód na serce. Krwawica Janusza spokojnie leży sobie w wewnętrznej kieszeni jego rybackiej kurtki w kolorze khaki, a jego ręka mimowolnie wędruje w jej kierunku, niczym Romeo spieszący na wieczorną schadzkę z Julią.

W pewnym momencie zatrzymuje się jednak – Janusz doznaje moralnego katharsis. „Co by powiedziała żonka?” – mruczy Polak sam do siebie i wzdycha.

Sven wraca do Passata; jego krok już mniej dziarski, bo ceny benzyny mocno dają po kieszeni. Janusz bierze głęboki oddech i przywdziewa najpiękniejszy uśmiech zawadiaki i porządnego faceta na jaki tylko go stać, po czym zaczyna gestykulować w kierunku zdezorientowanego blondyna. Szczęśliwie znalazł portfel, leżał sobie w… w… w schowku Passacika, mówi Janusz posiłkując się odpowiednim przedstawieniem i wskazując na schowek przed siedzeniem pasażera. Teraz trzeba uregulować sytuację, oczywiście – benzynkę policzymy pół na pół.

Sven udaje, że jest pozytywnie zaskoczony znaleziskiem i z uśmiechem przyjmuje połowę należności. Ale on wie swoje. Bo wkładał swój prowiant (puszkowany surströmming, czyli śledź, naturalnie) do tego samego schowka i żadnego portfela to tam nie było. „Ditt svin” (ty świnio) – mruczy Szwed pod nosem, po czym z zaskoczeniem odnotowuje, że czuje na sobie przerażony wzrok dziecka przyłapanego z ręką w słoiku z ciastkami. Janusz musiał zrozumieć. Owszem, zrozumiał. Na szczęście się opanował.

Lekcja na przyszłość – pewne słowa przekraczają granicę nieznajomości kodu językowego. Niby super sprawa, bo zwiększa to naszą szansę na porozumienie się. Gorzej, jak są to obelgi.

Podobieństwa słów są potężną bronią w arsenale naszego umysłu. Zarówno te przypadkowe skojarzenia (moneta – mynt) jak i wyrażenia mające wspólny źródłosłów (świnia – svin) potrafią być kluczem do komunikacji. Jednak zamiast „svin” Szwed mógłby powiedzieć też „gris”, co oznaczałoby w sumie to samo, ale byłoby już dla Polaka przeszkodą nie do pokonania.

Dlatego warto uczyć się synonimów poszczególnych słów i dodawać je do siatki skojarzeń; nigdy nie wiadomo, kiedy codzienny użytkownik języka postanowi ich użyć. No i – przede wszystkim – warto wiedzieć kiedy dać komuś w nos.

runda1-9-e1504456542890.png

J anusza i Svena – po bezpiecznym i bezmandatowym dotarciu nad jakieś brudne quasi-jezioro, koło którego EWIDENTNIE widzimy znak „zakaz łowienia ryb”, ale kogo to obchodzi – zastajemy na wypakowywaniu z pojemnego bagażnika chyba całego dobytku obu tych panów. Kurtki, wędki, kalosze, parę rozkładanych krzesełek z IKEI (w tym momencie Svenowi zrobiło się mokro…, bo właśnie w tej sekundzie zaczęło padać). „Krzesełka” to nie jest dobre słowo. Janusz bardzo by się obraził. „Krzesełka” – to brzmi tak protekcjonalnie i prześmiewczo, że uderzyłoby to w jego własną godność. Za PRL-u to nie było takich wygód, gówniarzu! Takie „krzesełko” jak żeś miał z peweksu za dulary, toś był król osiedla! To jest FOTEL!”

Fotel to super słowo. Nie jestem pewien jego pochodzenia, ale coś mi się wydaje, że zostało zaczerpnięte z francuskiego i wcielone do słowników przez prawie każdy język świata. Dlatego też kierownik wycieczki Janusz nie miałby problemu z kazaniem… ekhem, poproszeniem Svena o wyciągnięcie takiego mebla z bagażnika. Krzesełko, leżak, fotel – nieważne; ważne, że się siedzi.

I kolejny raz w ciągu naszego starcia wychodzą pozytywy nauki wyrazów bliskoznacznych. Szukajmy wspólnego języka i w razie problemów starajmy się obcokrajowcom coś ułatwić – być może się uda.

Czasem jest jednak tak, że gdy coś usłyszymy po raz pierwszy nawet nie zastanawiamy się jak byłoby to zapisane. A potem przy pisaniu maila, przeszukiwaniu słownika czy czytaniu przypadkowego artykułu wychodzą nasze braki; szwedzki „fotel”, choć brzmi prawie identycznie jak wersja polska, zapisujemy jako „fåtölj”. Co to za potwór? Wygląda onieśmielająco – dwie dziwne literki, i jeszcze ta chora zbitka „lj” na końcu… Dla niewprawionego oka Janusza słówko „fåtölj” niczym nie przypomina naszego polskiego mebla.

Gdyby jednak wiedział, lub nawet skojarzył piąte przez dziesiąte, że „å” czytamy w sumie jak polskie „o”, a „ö” to w sumie takie dziwaczne „e” (ja wiem, że nie, ale na chłopski rozum) – wówczas nie powinien mieć problemów z załapaniem po przeczytaniu takiego słowa.

Stąd lekcja dla nas wszystkich: nie musimy być ekspertami w każdym języku świata. Warto jednak jakoś przyswoić sobie wiedzę dotyczących pewnych znaków specjalnych – ich istnienia i wymowy. Nigdy nie wiadomo, kiedy traficie na szwedzkie odludzie i zostaniecie rzuceni na pastwę takim „å”.

Swoją drogą – jak ja cholernie kocham szwedzki za takie rzeczy. Nie mogło być „fotel”, musiało być „fåtölj”. Nie mogło być „balcony” czy „balkon”, musiało być „balkong” (znowu dziwaczna dla większości zlepka – ng); „balon – ballong„, „talent” – „talang” i tak dalej, i tak dalej. Ten język to jest po prostu stan umysłu. Serdecznie polecam.

Ale, tak jak w każdym innym zestawieniu, znajdą się fałszywi przyjaciele. Często bywają tak fałszywi, że aż macie ochotę ich zablokować na fejsie. I tak jest w tym przypadku.

Panowie łowią sobie rybki, nic nie bierze – ale może to dlatego, że Janusz i Sven bez przerwy kłapią do siebie paszczami wymieniając nazwiska słynnych piłkarzy grających w barwach Szwecji lub Polski. Wspólny język – znaleziony.

Nagle przez w po drugiej stronie jeziora przechodzi kot. Taki super futrzasty, jakiś pers czy inna kulka kłaków. Janusz lubi koty. Cały podekscytowany odwraca się do Svena i wypowiada jedno malutkie słówko, którego skutki mogą okazać się… nieoczekiwane. „Kot”.

Sven dostaje jakiegoś wylewu. Wytrzeszcza oczy, przekręca głowę, marszczy brwi i cały się czerwieni. Po czym gwałtownie odwraca głowę o 180 stopni, tak, że omal mu się atlas i obrotnik od siebie nie oderwały. I wymieniania nazwisk piłkarzy nastąpił koniec; zapadła niezręczna, międzyjęzykowa cisza.

„Kåt” (fon. zasadniczo „kot”) to po szwedzku „horny”. W sensie, że ma na coś ochotę. Wiadomo na co.

Kurtyna. Pozamiatane.

Podsumujmy:

Polski i szwedzki to języki, które pomimo swojej geograficznej bliskości są bardzo różne; Janusz i Sven to żyjące eksponaty popierające tezę dynamicznego rozwoju języka i kultury. Szwedzki funkcjonujący jako hybryda swoich staronordyckich korzeni z późniejszymi wyraźnymi wpływami języków germańskich, francuskiego i angielskiego. Polski stanowiący integralny (śmiałem się jak to pisałem, ale w porównaniu z wieloma językami to w sumie może zasługiwać na takie miano), dumny i niezwykle zasobny język dworski Europy Środkowo-Wschodniej i ludów słowiańskich. Polska gramatyka, wraz z jej słynnymi siedmioma przypadkami, jest dla typowego Svena nie do ogarnięcia (choć bliżej siebie ma język fiński z podobnymi gramatycznymi przeszkodami. Ale Finlandia dla Svena to w dalszym ciągu Szwecja. Cholerni Rosjanie.), ale tym samym jest też ciekawa i być może zainteresuje to kogoś na tyle, aby podjął pierwsze kroki nauki języka polskiego.

Z Januszem i Svenem rozstajemy się na parę tygodni. Wpadniemy chyba dopiero na Święta, choć nigdy nie wiadomo! A na razie zapraszam Was do rzucenia okiem na inne wpisy blogerów biorących udział w III Miesiącu Języków:

wczoraj (11.09) –  Wpis Izy z bloga Angielski dla każdego
dzisiaj (12.09) –  Wpis Edyty z Hiszpański dla Polaków 
jutro (13.09), godz. 10:00 – Wpis Eweliny z English Tea Time

III_miesiac_jezykow

Patronat medialny akcji III Miesiąc Języków:babla-logo-caseable

Koncept wpisu jest całkowicie satyryczny i nie ma na celu nikogo obrazić. 
Jeśli czujesz się urażony to znaczy, że zrobiłem coś dobrze. Mogę Cię również nauczyć kolejnego uniwersalnego słówka – dystans.

6 thoughts

  1. Dowiedziałam się o tym blogu dzięki akcji Blogi językowe i kulturowe. No i siedzę w autobusie, czytam i tak mi się chce śmiać, że aż cieszę się, że jest ciemno i mnie ludzie nie widzą. Genialny wpis! I rozumiem pasję (też takową mam, acz do francuskiego) 😂😁😊

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję bardzo, naprawdę! Nawet nie wiesz jak się cieszę, że komuś dzięki temu wpisowi trochę poprawił się dzień 🙂 Do Janusza i Svena powrócimy w Boże Narodzenie, a ja już teraz zachęcam do zaglądania na stronę na FB. 🙂 A co do pasji – miło, że ktoś rozumie! I życzę powodzenia z Twoimi francuskimi planami!

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s