Od wydania książki „I cóż, że o Szwecji” minęło już trochę czasu; od tej pory wielu z Was na pewno zdążyło się z dziełem Natalii ze Szwecjobloga zapoznać. Słowo „dzieło” jest tu jak najbardziej słuszne. Książka zdecydowanie nie ustępuje pola innym o tej samej tematyce, autorstwa często profesjonalnych dziennikarzy czy socjologów. Wręcz przeciwnie – Natalia Kołaczek zdaje się bić większość konkurencji na głowę.

Dlaczego?

Być może jestem w swoich sądach nie do końca obiektywny; Szwecjoblog to w końcu pierwszy blog o Szwecji, który odkryłem i który od bardzo dawna pielęgnuje we mnie (i w wielu z Was, zapewne) zainteresowanie Królestwem Trzech Koron. Dlatego też, z chwilą zobaczenia książki na półce w księgarni w samym centrum Starego Miasta w Krakowie, moja twarz dosłownie się rozpromieniła. Co jest anomalią i prawdopodobnie jednym z 7 zwiastunów apokalipsy. Tak więc tyle z mojej obiektywności.

img_3237

Wieści o swoim wydawnictwie Szwecjoblog przekazał nam jeszcze kilka miesięcy przed oficjalną premierą; jednak uczucie, kiedy zobaczyłem ustawione w schludnym rzędzie żółto-niebieskie kopie książki, można określić jedynie jako surrealistyczne. Jednak bardzo szybko to uczucie zastąpiła duma. Jakaś taka nieokreślona i niewytłumaczalna. Natalia Kołaczek, blogerka od roku 2013, pokazuje, że można odnieść sukces (i to niemały!) robiąc to, co się lubi, albo wręcz kocha. Wygląda na to, że blogosfera nie jest już tak wielką niszą, jaką była kiedyś, a Skandynawia nie jest tylko dla wybranych.

Ale do rzeczy.

Możecie się z tego śmiać, ale kiedy szybko wertowałem książkę (jestem paranoikiem, muszę wiedzieć czego mam się spodziewać, kiedy już będę czytał w normalnym tempie) pierwszą myślą, która błyskawicznie przemknęła mi przez głowę, było spostrzeżenie, że jest wydrukowana na bardzo dobrym papierze. Takim… papierowym, szeleszczącym i cienkim. Cóż. Chyba bolała mnie wtedy głowa, jeśli miała to być pierwsza moja obserwacja. Ale jeśli miałbym dotknąć kolejnej książki o grubych, błyszczących, lakierowanych stronicach to chyba kupiłbym PDFa.
Następnym elementem, który zbombardował moje ośrodki percepcyjno-poznawcze (mądre słowo, trochę jak azbest) były fotografie wykonane przez autorkę. Poza tym, że wstrzeliły się w mój gust estetyczny, to w pewnym sensie uwierzytelniają pracę i doświadczenie Natalii. Wielkim plusem jest również to, że nie są one jakoś strasznie obrobione czy artyficjalnie wymierzone. Realizm dla mnie zawsze wygrywa. Każda fotografia coś wnosi i nie jest zapychaczem, jak to często w książkach krajoznawczych bywa.

img_3236

Ale do rzeczy, po raz drugi.

Jeśli czytaliście jakąkolwiek moją recenzję („Na północ. Szwecja znana i nieznana”) to wiecie, że uwielbiam retoryczny styl pisania. Kocham wręcz. Natalia trafiła więc jak dla mnie w dziesiątkę, chociaż można było się tego spodziewać po jej wieloletnim doświadczeniu z formą blogerską. Autorka nie stara się popisywać swoją wiedzą – jej rozważania przypominają luźny zbiór anegdot i ciekawostek, które połączone są bardziej konkretną problematyką, a mianowicie próbą odszyfrowania prawdziwego portretu szwedzkiego społeczeństwa. Przez każdy kolejny rozdział przewija się wielka sympatia Szwecjobloga do zdecydowanie najlepszego kraju Skandynawii (fight me), w tym do jego mieszkańców; trochę dziwacznych, trochę twardo stąpających po ziemi; trochę poważnych, trochę poszukujących śmiechu; trochę chłodnych, trochę serdecznych. I to jest wielki plus.

Na spotkaniu autorskim z Natalią Kołaczek w Wyższej Szkole Europejskiej im. Tischnera w Krakowie (organizowane przez Marchewkową Skandynawię i Skandynawistyczne Koło Naukowe NORDEN) miałem okazję zapytać blogerkę właśnie o jej zamysł w ukazaniu typowego Szweda. W swoim chaotycznym pytaniu przytoczyłem książkę „Skandynawski raj” wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, której autor bardzo chamsko i sarkastycznie oceniał Szwedów, bo mają kompleks „pępka świata”. Owszem, mają, ale kto nie ma?

img_3156

Odpowiedź Natalii (której niestety nie przytoczę, bo wydarzyło się to dość dawno temu) potwierdziła moje domysły co do stosunku autorki wobec przedstawienia szwedzkiego społeczeństwa. Stereotypy są bez sensu, a większość z tych już funkcjonujących jest nieprawdziwa. Do myślenia daje swoisty epilog książki, w którym Natalia przytacza listę 12 powodów, dla których na Szwecję można po prostu machnąć ręką”. Zabawne jest właśnie to, że żaden z tych punktów nie jest wcale taki okropny, a wręcz przeciwnie – składają się one na wizerunek takiej Szwecji, jaką znamy i kochamy; która może trochę irytuje, ale czymże jest kraj bez elementów nacechowanych dla niektórych z lekka negatywnie? Jakie przykłady (wyczuwam, że delikatnie ironicznie) przytacza Natalia?
Żeby się dowiedzieć – kupcie książkę! Ja już czekam na kolejną!

img_3157

Kup „I cóż, że o Szwecji” 

Moja ocena: no nie może być inaczej, jak 10/10

2 thoughts

    1. Dziękuję! Dalej uważam, że książka Natalii to idealna pozycja – luźna, zabawna, ale również wnikliwa. Obowiązkowo powinna się znaleźć w biblioteczce każdego fascynata Szwecji – zarówno amatora, jak i „zawodowca”. 🙂

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s