Artyści pojawiają się i znikają. Niekoniecznie przerywają karierę; czasami chodzi po prostu o to, że ich aktualna twórczość nie spotyka się z jakimkolwiek odzewem publiki. Najlepszym tego przykładem jest Måns Zelmerlöw i ewenement jego bardzo szarpanej popularności w Polsce.


Zanim zaczniemy, ważna rzecz. Måns Zelmerlöw to fonetycznie nie jest „MANS ZELMERLOW”, tylko „MONS SELMERLEF”. Albo cokolwiek koło tego. Ważne, żeby „å” nie czytać jak polskie „a”, bo to powoduje, że chcesz rzucić w kogoś słownikiem. Resztę błędów już zniosę, ale świętego „a” nie podaruję. Trochę pasywnie agresywnie z mojej strony, ale przysięgam, że jak usłyszę kolejnego spikera radiowego, który tak to kaleczy – wyśledzę, przyjadę i zacznę krzyczeć. To naprawdę nie jest takie trudne sprawdzić poprawną wymowę na YouTubie, zwłaszcza kiedy jest to czyjaś praca. Ekhem.


Måns Zelmerlöw to pan, którego głos kojarzy każdy Polak, choć może garstka wie, kim on faktycznie jest. Jego piosenki wkraczały do naszych rozgłośni radiowych jak po swoje, a Warner Music Sweden robiło wszystko, żeby wypromować Månsa w Polsce. Mam na myśli stworzenie wokół niego egzotycznej i deficytowej otoczki gwiazdy zza oceanu. Każdy występ Månsa był główną częścią programu; pojawiał się w 2007 i 2008 roku na każdym dużym festiwalu (np. w Sopocie, gdzie wygrał słowika. To tak jak Stachursky, więc nie ma czym się chwalić). W 2007 roku wystąpił gościnnie w Tańcu z Gwiazdami. Tak, obecny król szwedzkiego popu był w jednym pomieszczeniu z Czarną Mambą. To pokazuje, jak długą drogę przebył w 10 lat.

Ale wróćmy na moment do jego twórczości. Måns jest w bardzo licznym gronie szwedzkich wokalistów, którzy swój przełomowy moment znaleźli dzięki Idolowi. W 2005 roku zajął w nim 5. miejsce, otwierając sobie drogę do choćby najmniejszej kariery muzycznej. Ale Måns miał to chyba brzydko mówiąc gdzieś, bo zamiast zamknąć się w studio (jak nie z profesjonalnymi producentami, to samemu lub ze znajomymi…) wziął udział w kolejnym show, a mianowicie w szwedzkiej edycji Tańca z Gwiazdami. I tak oto Måns Zelmerlow stał się zwycięzcą pierwszego sezonu tego programu. Ja nie wiem, czy jest się czym chwalić. No, ale, powiedzmy, że przynajmniej po emisji Idola i TzG zyskał popularność, jaką w Szwecji miał wówczas mało kto, zwłaszcza wśród widzów należących do niższych kategorii wiekowych.

W roku 2006 Warner Music Sweden nareszcie zauważył potencjał w Zelmerlöwie – wówczas już bardziej celebrycie, niż wokaliście. I tak oto rok później Måns trafił na Melodifestivalen z piosenką „Cara Mia”, która w Polsce jest niekoniecznie bardzo znana, choć może być kojarzona. W Szwecji natomiast „Cara Mia” to jeden z najbardziej ikonicznych utworów wszystkich edycji Melodifestivalen. Måns co prawda nie wygrał z nią konkursu, ale może to dobrze? Historia pokazała, że czasami warto poczekać. Gust muzyczny zmienia się z czasem. I całe szczęście, bo mimo mojego bardzo pozytywnego nastawienia do twórczości Månsa, „Cara Mia” była po prostu… ekhem. Spuśćmy na to zasłonę milczenia. A jak ktoś chce posłuchać, to musi sobie sam znaleźć. Bo tego na mojej stronie wrzucać nie będę; nie mogę być odpowiedzialny za Wasz słuchowy odruch wymiotny.

„Cara Mia” sprawiła jednak, że łatka celebryty zaczęła trochę się od Månsa odklejać. W 2007 roku Warner wydał debiutancki album Zelmerlöwa „Stand by for…”, na którym znalazły się takie pozycje jak np. „Brother, oh Brother”, które zna każdy Polak. A teraz proszę posłuchać, połączyć wątki i doznać szoku. „Nie wiedziałem, że to był on!”. Ta. No ja też nie.

Przyznam się bez bicia – przerwałem pisanie tego wpisu na trzy i pół minuty, bo się najzwyczajniej w świecie zasłuchałem. Nostalgia.

Jeśli dalej czytacie, słuchacie i myślicie sobie: „cholera, jakie to jest słabe” to… w sumie macie rację. Wówczas jednak Måns doskonale wpisywał się w realia europejskiego przemysłu muzycznego, co udowadnia fakt szybkiego pokrycia się jego debiutanckiego albumu najpierw złotem, a wkrótce – platyną. Zaczął być rozchwytywany przez festiwale i programy rozrywkowe; zaśpiewał m.in. z ikoną szwedzkiej muzyki – Carolą! Dla osób nie ogarniających szwedzkich realiów krótkie wytłumaczenie: Carola to legenda. Tyle w temacie. My mamy Marylę, z której troszkę się śmiejemy, a oni mają Carolę, na widok której dostają zawału. Cóż. Jaki kraj taka ikona?

W 2009 Måns po raz drugi wziął udział w Melodifestivalen, tym razem z piosenką „Hope and Glory”, z którą finalnie skończył trochę gorzej niż z „Cara Mia” w 2007, bo na czwartym miejscu, co było zapowiedzią „wielkiej smuty” w karierze Szweda. Wielkiej, bo trwającej aż cztery lata (2010-2014). W trakcie tego okresu jednak nie próżnował. W 2010 roku był jednym z prezenterów Melodifestivalen. Wydał dwa albumy – jeden świąteczny („Christmas With Friends”, 2010) i jeden, który okazał się być dość sporym flopem („Barcelona Sessions”, 2014). Ten drugi był jednak początkiem drastycznej zmiany w guście muzycznym Zelmerlöwa i dlatego też wymieniany jest jako bardzo ważny. Przeszedł obok bez większego echa, ale istotnym sygnałem było zamienienie tanich schlagerów na kawałki akustyczne i o wiele bardziej surowe w swojej formie.

Kariera Månsa w Polsce zdążyła umrzeć śmiercią naturalną, a i w Szwecji na to się zanosiło; genialnym ruchem strategicznym był więc udział w Melodifestivalen 2015 z piosenką „Heroes”. Utwór był napisany przez „The Family”, czyli bardzo znany i wpływowy team w składzie: Anton Malmberg Hård af Segerstad, Joy Deb i Linnea Deb. Współpracują oni z największymi nazwiskami szwedzkiej sceny muzycznej, tj. Loreen, Lisa Ajax, Ace Wilder.
Måns wygrał Melodifestivalen 2015 z dużym zapasem punktów i pojechał do Wiednia na Eurowizję, którą… również wygrał. Jego występ wprowadził Eurowizję i szeroko pojęty rynek muzyczny całej Europy w nowy kanon „minimum” scenicznego. Wizualnie – im więcej, trudniej i kreatywniej, tym lepiej.

Kolejny album Zelmerlöwa został wydany z genialnym wyczuciem czasu, bo zaledwie 2 tygodnie po jego zwycięstwie w Wiedniu. Podkreślam to, bo Szwedzi często nie ogarniają biznesu i proporcji czasowych (ekhem, Loreen, ekhem). „Perfectly Damaged” (2015) to, moim zdaniem, idealny album muzyki pop. Nie potrafiłbym wybrać jednego ulubionego utworu – wszystkie genialnie łączą skandynawski chłód i kalkulację z ciepłą barwą wokalu i „letnią” atmosferą. Ostatnio jednak najlepiej kojarzy mi się niedoceniane przez wielu słuchaczy „Kingdom In The Sky”.

„Perfectly Damaged” to fuzja nowoczesnych brzmień i „tradycyjnych” instrumentów (to smutne, że gitara akustyczna i pianino podchodzą już pod słowo „tradycyjny”), a każda piosenka na albumie zasłużyła na swoje miejsce. Energiczne i chwytliwe refreny znalazły wielu fanów na całym świecie, co wytworzyło momentum potrzebne Månsowi do stworzenia kolejnego albumu – „Chameleon” (2016), w którego skład wchodzą takie radiowe hity jak „Hanging On To Nothing”, „Fire In The Rain”, czy „Glorious”. W moim osobistym odczuciu, „Chameleon” nie dorównuje swojemu poprzednikowi, co nie zmienia faktu, że jest również bardzo dobry i może trochę bardziej zróżnicowany. Moimi faworytami z tego krążka są „Happyland”, „Whistleblower” i „Primal”, a cały album, wraz z resztą dyskografii, polecam kupić, bo piosenki Szweda są naprawdę bardzo dobre; słuchać może ich każdy, co nie zmienia faktu, że bywają ambitniejsze od innych dzisiejszych propozycji.

A na koniec zachęcam do obserwowania mojej szwedzkiej playlisty na spotifaju, w której znajdziecie właśnie Månsa. A, i byłbym zapomniał! Król szwedzkiego popu zawita do warszawskiej Stodoły już 30 kwietnia! Kto może, niech jedzie; z pewnością warto!

SPOT

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s