…czyli nowy segment o szwedzkiej muzyce:”åh min Gud!”.

Tudzież angielskie „OMG/oh my God„, jak ktoś woli. Tak się nazywa, bo będziecie krzyczeć z zachwytu.

Szwedzki rynek muzyczny jest z pewnością jednym z najbardziej rozwiniętych w Europie; szwedzcy artyści odnoszą międzynarodowe sukcesy dosłownie na porządku dziennym, a nazwiska producentów Trzech Koron odnajdziemy na rewersie bookletów albumów każdego liczącego się dziś artysty muzyki popularnej – i nie tylko!

Mogłem kogoś oszukać tym jakże podniosłym wstępem, ale nie oszukujmy się: jestem zbyt głupi, a mój wbudowany słownik – zbyt płytki, aby choćby spróbować wytłumaczyć fenomen szwedzkiego rynku muzycznego. Ja tylko mówię jak jest, a jest bardzo dobrze. Zresztą sami sprawdźcie klikając na filmik poniżej:

Jeśli tylko chce Wam się czasem czytać co zamieszczam na facebooku, to zdążyliście już pewnie zauważyć moje skrajnie silne uczucia do szwedzkiej muzyki. Kocham, lubię, szanuję. Mam swoich ulubieńców i to głównie o nich będę pisał w notkach tej kategorii; choć, poza moimi stałymi obiektami westchnień, znajdzie się też kilka odkryć, debiutów czy nowych wydań. Nie wyjdziecie z mojego bloga bez niczego nowego.
Z góry ostrzegam: mój gust muzyczny jest… hmm. Co najmniej interesujący. Ale gorąco zapraszam do dzielenia się ze mną swoimi propozycjami – w komentarzach tu i na facebooku. Zaczynamy! Då kör vi!


Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął tej wyprawy od Loreen. Bo od Loreen wszystko dla mnie się zaczęło.

Loreen Talhaoui możecie pamiętać z Melodifestivalen 2012, a z Eurowizji 2012 to już naprawdę musicie. Jej piosenka „Euphoria” (napisana przez szwedzkiego tytana – Thomasa G:sona) odniosła wielki sukces, zdobywając pierwsze miejsce w konkursie (przy okazji zgarniając w głosowaniu największą ilość „dwunastek” w historii przedsięwzięcia), a także królując na radiowych listach przebojów całej Europy. Uwierzycie mi jak powiem, że przy reszcie twórczości Loreen „Euphoria” to niegodne jej nazwiska muzyczne brzydactwo? Nieważne, nie musicie. Wasze uszy powinny przekonać się same, wraz z czytaniem tej notki.

Oczywiście, ani Loreen, ani „Euphorii” nie obrażam. Nie wolno. Nie przy mnie. Piosenka jest w porządku i moim zdaniem wprowadziła Eurowizję w nową erę: mniej bolesną dla ucha, a trochę bardziej ambitną. Jest jednak coś w tym utworze dziwnego – jakby balansował na cienkiej granicy skandynawskiej ambicji, a amerykańskiej radiowej sieczki. Lubię taki balans nazywać muzycznym fast-foodem. Za pierwszym czy drugim razem wejdzie do głowy. Może nawet sobie podśpiewam. Ale jeśli usłyszę tę piosenkę po raz setny, bez szczególnej przerwy – będę miał mdłości. Być może nawet dosłowne.

Dobrze jednak dla Loreen – ten sukces był dla niej szansą na przebicie się przez multum aspirujących szwedzkich artystów. Wcześniej brała udział w szwedzkim Idolu i nic. W 2011 zadebiutowała w Melodifestivalen z „My Heart Is Refusing Me” i ciągle nic. Aż w końcu, udało się.  I przez chwilę wydawało się nawet, że Loreen czeka świetlana przyszłość – jej album „Heal” (2012, reedycja 2013) zbierał same pozytywne opinie, zarówno wśród przypadkowych słuchaczy, jak i krytyków i najbardziej wymagających fanów. Uważana przez wielu za „królową” (nie powiem, że się nie zgadzam) zaczynała być doceniana nawet za oceanem. Wkrótce jednak, brzydko mówiąc, sprawa się rypła.

Ale zatrzymajmy się na chwilę przy „Heal”. Bo krótko mówiąc jest to arcydzieło, którego dziś ze świecą szukać. Album Loreen z 2012 stanowi idealne połączenie elektronicznej ambicji z chwytliwością. Jest to fuzja skandynawskiej produkcji z marokańskimi korzeniami artystki; chłodu i kalkulacji z emocjami i inspiracjami. Ja odbieram ten album co najmniej z wielkim sentymentem – był moim wprowadzeniem w coś ambitniejszego, niecodziennego; być może trochę bardziej wymagającego. Ale warto było.

„Heal” wydano w 2012 roku. Rok później album doczekał się reedycji. Bo dlaczego nie. Dodano chyba wersję akustyczną „Euphorii” i singiel „We Got The Power”, który Loreen wykonała podczas finału Eurowizji 2013 w Malmö. Coś tam z płyty usunięto, bo nie pasowało. A później co? 4509c2225a7c5a15752efb59922c736c-nie nic. (to zabawne, bo Absolut to szwedzka wódka, boki zrywam. Zerwałem.)

Loreen zamknęła się w studio, chociaż bardziej prawdopodobne jest to, że zamknęła się w sobie. Wszelka jej obecność na kontach social media została zmniejszona, jeśli w ogóle nie wyeliminowana. Obiecywała wraz z wytwórnią (Warner Music Sweden) nową płytę od końca 2013. Mamy rok 2017 i jedyne czego się doczekaliśmy to trzy single, kilka coverów i kolaboracji. Przez 4 lata. Podtrzymanie momentum po zwycięstwie w Eurowizji trafił szlag (czego dowodem jest Melodifestivalen 2017… do tego zaraz dojdę). Nie kojarzę chyba żadnego artysty, który miałby tak bardzo „gdzieś” biznesowy aspekt swojego zawodu. Z jednej strony jestem przez to wkurzony (chociaż, kim ja jestem, żeby być?) a z drugiej – strasznie to szanuję. Bo Loreen sprawia wrażenie osoby inteligentnej i wrażliwej. Jeśli 4 lata przerwy to coś, czego potrzebuje, aby stworzyć kolejne arcydzieło – proszę bardzo, weź nawet 20 lat przerwy.

W 2015 roku coś zaczęło się dziać. Loreen zaczęła wydawać single. Matko bosko kochano, co się dzieje. Wystąpiła gościnnie podczas Andra Chansen w Melodifestivalen 2015 z jej nową piosenką, „Paper Light (Higher)”, która niestety przeszła przez rynek muzyczny bez żadnego echa. Bo była dziwna. Inna. Innowacyjna. W połączeniu z nienagannym wokalem na żywo (to Loreen… nie ma co się dziwić) i doskonałym, odważnym konceptem występu zapaliła w sercach fanów jakąś nadzieję, że coś będzie. I zaczęło się dziać. Jeden singiel, drugi, trzeci. „Paper Light”, „Fire Blue”, „I’m In It With You” i… nic. Żaden z nich nie odniósł sukcesu. Ani nawet przyzwoitego wyniku. „Fire Blue” jest moją ulubioną piosenką Loreen wszech czasów, a po wyświetleniach na YouTubie można pomyśleć, że Loreen to początkująca wokalistka, „too edgy to be popular”. Być może to właśnie brak odzewu opóźnił Loreen, jakoś skonfundował. Bo co jak co, Warner Music Sweden nie możemy tu winić, gdyż wielokrotnie dawali do zrozumienia, że chcieliby album wydać jak najszybciej, co byłoby dobrym rozwiązaniem. 4 lata to dużo za dużo. Ludzie tracą zainteresowanie, „hype” wymiera.

Ale – dobra wiadomość! Loreen, zwyciężczyni Melodifestivalen 2012 i Eurowizji 2012 powraca do Mello w tegorocznej edycji z piosenką „Statements”… i podobno nowy album jest już nagrany i czeka na wydanie. Wreszcie jakaś dobra decyzja. Nic tak nie motywuje ludzi do wspierania muzyków jak stara, dobra konkurencja. Wiele osób krytykuje udział Loreen w Mello, mówiąc, że dla niej każdy wynik będzie dla niej gorszy niż przed paroma laty, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Trzeba się pokazać. Sprowokować. Przyciągnąć fanów. Jeśli przy okazji się wygra – tym lepiej. A w tym roku może to być dość łatwe, bo poziom Melodifestivalen jest… do zakwestionowania. Widzimy się więc z Loreen już 25 lutegoSkellefteå, podczas czwartej rundy Mello… i mam nadzieję, że również podczas finału w Sztokholmie tydzień później.

 

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s