Wpis zacznę trochę filozoficznie: każdy z nas został stworzony z innym nakierunkowaniem; jedni są umysłami ścisłymi, drudzy (w tym np. ja) są najzwyczajniej w świecie głupi. Podobnie jest  u nas z językami.

Fakt, że urodziłeś się akurat w tym kraju a nie innym to nic innego jak losowanie. Istnieje więc prawdopodobieństwo „boskiej pomyłki”. Albo też „losowej pomyłki”, jak kto woli. Są osoby, które urodziły się w pewnym kraju i czują się dosłownie jak ryby w wodzie, zarówno pod względem kulturowym jak i językowym.

Są jednak osoby, które takiego szczęścia nie mają. Owszem, będą mówić płynnie w swoim języku ojczystym (choć w naszym przypadku, polski jest bardzo trudny i mogą wystąpić nieliczne pomyłki np. w poprawnej odmianie), jednak płynność i swoboda to nie to samo; taka sama nierówność występuje między słowami pasja a przymus.

Zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to co najmniej pretensjonalnie i tak, jakbym miał wyrzut, że urodziłem się w Polsce. Ale to nieprawda. Jestem dumny, jestem zadowolony. I mówię głośno: jestem Polakiem. Inna sprawa, że o wiele bardziej niż folklor krakowski fascynuje mnie kultura szwedzka; że wolę północno-szwedzkie „sj” od polskiego „sz”. (proszę zauważyć słowo „północno”. Południowe dialekty kaleczą. Fuj, ble.) Różnica nie jest wielka, co nie zmienia faktu, że nadal jest.

Powiem wprost: nie jestem poliglotą. Uczę się niemieckiego 9 lat i w dalszym ciągu nie jestem w stanie poprawnie tworzyć zdań złożonych. Podobnie z moją 3-letnią przygodą z językiem francuskim (jeśli ledwo osiągane 50% obecności na lekcjach tego języka w liceum można uznać za „przygodę”. Bardziej takie „one night stand”.) Moim domyślnym językiem obcym jest oczywiście angielski (także szału nie ma), o którym mogę bezpiecznie powiedzieć, że poznałem w stopniu wystarczającym do uznania go za „fluent”, co nie jest takie nietypowe w dzisiejszym świecie. I tak przez długi czas żyłem z myślą, że jestem skazany na nudny już dla mnie angielski i katorgę z trochę matematycznym (dla mnie) językiem niemieckim. Po roku wyplułem te słowa, bo poznałem dobrodziejstwa języka szwedzkiego.


**dla ciekawskich: do nauki szwedzkiego bezpardonowo popchnęła mnie piosenkarka Loreen. Rzecz jasna – nie osobiście. Szkoda, wiem. Było to jej wykonanie piosenki „Under Ytan”, w oryginale śpiewanej przez Uno Svenningssona. Polecam każdemu: samej piosenki słucha się przyjemnie, a przy tym fenomenalnie uwydatnia melodyjność i dramatyczność szwedzkiego**


Po upływie półtora roku w miarę intensywnej nauki języka szwedzkiego mogę śmiało powiedzieć, że jestem na poziomie swobodnej wypowiedzi – i tu absolutnie nie ma czym się chwalić, bo w sumie to trochę głupio, że mój blog czytany jest przez osoby z 15 letnim „stażem”, które teraz właśnie prychają: „amator”, „sezonowiec”.

Musicie jednak zrozumieć, że taka pasja (nigdy wcześniej nie użyłem tego słowa w odniesieniu do mnie…) i takie tempo samoistnego wchłaniania języka jest dla mnie czymś nienaturalnym; czymś do czego nie jestem przyzwyczajony. B2 w mniej niż dwa lata?! Do niedawna był to dla mnie kosmos…

I ciągle nie mam dość. Kiedy spotykam słówko, którego nie znam – bardzo się cieszę, otwieram kajecik i skrupulatnie zapisuję. Szwedzki jest idealnym językiem, dla osób, które cieszy sam proces jego poznawania – wiele słów to tak zwane „teleskopord”, czyli po prostu „compound words”, zbitki wyrazowe. Idiomy są jednymi z najdziwniejszych, przez co nauka ich staje się wręcz banalna, bo tak właśnie działa mój mózg. Jeśli coś mnie bawi chociaż trochę, zapamiętuję to na długie lata.

Po co mi wiedzieć jak jest po szwedzku wróżka zębuszka? Po nic. Ale wiem! I mam tę  chorą satysfakcję…

Dlatego też postanowiłem zacząć pisać własnego bloga o Szwecji. Od samego początku powtarzam – nie jestem ekspertem. Jestem początkującym. Ale mogę otwarcie powiedzieć, że uwielbiam ten kraj i wszystko co się z nim łączy i chciałbym się tymi uczuciami dzielić. I być może, z odrobiną szczęścia, wszyscy nauczą się czegoś nowego – i ja, i Wy! 🙂

5 thoughts

      1. A mnie się podoba, jak mój filologiczny umysł właśnie tak matematycznie składa wyrazy i widzi w nich inne, dlatego od razu je zapamiętuję (tylko w tym miejscu w moim życiu działa matematyka 😀 ) W Tandfen widzę zbitek teeth i fairy, tylko trochę „zeszwecczonych” 😀

        Polubione przez 1 osoba

  1. Rozumiem Cię w 100%! Mój angielski leżał i płakał (dosłownie). A po roku rozmawiam swobodnie na poziomie dogadania się z obcokrajowcem 🙂 Chęci to podstawa. Od października zaczynam naukę włoskiego. Również mam nadzieję, że mnie wciągnie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s